Obecnie ciężko znaleźć silnik bez doładowania jeśli mamy na myśli auta od segmentu C w górę.

Silniki bez turbiny to prawdziwa rzadkość, nawet w mniejszych autach zaczynają występować coraz częściej. Wszystko poprzez modę na obniżanie pojemności silników która pojawiła się około 10 lat temu. Duży wpływ miały na to względy ekologiczne, ponieważ w warunkach laboratoryjnych mniejszy silnik doładowany emituje mniej szkodliwych substancji niż większy o takiej samej mocy. Jest też bardziej oszczędny niż większa wolnossąca jednostka. Łatwiej takimi jednostkami po prostu spełnić coraz bardziej wymagające normy spalin. To warunki laboratoryjne, bo mały motor jak się mocniej przyciśnie to już wcale tak kolorowo nie jest. W silnikach spalinowych najczęściej mamy doczynienia z turbosprężarką ze stałą geometrią łopatek, dzięki temu naprawy powinny być tańsze niż w większości popularnych dieseli. Dodanie do silnika turbiny daje nam dodatkową moc przy wolnych obrotach silnika, gdy obroty wzrosną kończy się doładowanie. Jeśli jednak zamontujemy dużą turbosprężarkę to silnik będzie się zachowywał odwrotnie. Mi przyświeca teoria że jeśli auto ma być eksploatowane w mieście lub na małych odcinakach to lepsza będzie jednostka wolnossąca.