Pierwsze wpadki miały już straże miejskie z fotoradarami jak tylko te weszły do użytku. Zaczęło się od prawa o ruchu drogowym bo przecież te wyraźnie mówi ze strażnik nie może mierzyć prędkości aut. W tym okresie doszło do wielu procesów z kierowcami które to straż przegrała. Wtedy też zaniechano kontroli, dopiero radary wróciły na drogi jak zmieniło się prawo. {prawdziwy wylew fotoradarów miał miejsce kilka lat temu gdy ze względu na swoją skuteczność i cenę były bardzo dostępne i wysoko oceniane. Producenci tych urządzeń zachwalali je jako maszynki do poprawy bezpieczeństwa, a może do robienia pieniędzy? Fotoradar ma działać jak czarny punkt czyli ustawiony w odpowiednim miejscu ma skłonić kierowcę do zwolnienia i przestrzegania prędkosci. Analiza przeprowadzona w okolicy czarnych punktów pokazała że większość kierowców nie zwalnia tam wcale, a część tylko nieznacznie zmniejsza prędkość. I tu z pomocą miały przyjść fotoradary miały przestrzegać ale i fotografować kierowców przekraczających prędkość. Potem okazało się ze urządzenie to też nie do końca dobrze się spisuje ponieważ większość kierowców zaczęła zwalniać dopiero przed słupem i to raptownie, jak tylko minęli słup to wciskali gaz i jazda z dużą prędkością zaczynała się od nowa.Potem by zwiększyć prewencyjną skuteczność fotoradarów zaczęto stawiać tabliczki informacyjne nawet kilka kilometrów przed urządzeniem. Dzięki temu kierowcy mieli zachować mniejszą prędkość na dłuższym odcinku. Z czasem się okazało że działa to tylko na tych kierowców którzy jada tamtędy pierwszy raz bo stali bywalcy wiedzieli doskonale gdzie dane fotoradary się znajdują. Niektórzy doszli też do takich wniosków że biorąc pod uwagę liczbę znaków łatwo przeoczyć ten jeden mówiący że za chwilę będzie fotoradar. Dlatego wiele gmin zaczęło stawiać wielkie tablice informujące o tym.